Homo erectus potrzebował ponad miliona lat, żeby móc się wyprostować i zobaczyć w całości, aż do widnokręgu, otaczający go świat. Świat ze wszystkimi innymi stworzeniami, rzeczami i zjawiskami - dobrymi, złymi, ciekawymi lub strasznymi dla niego – których wcześniej nie potrafił dostrzec. Ciekawe, czy dzisiejszym politykom lewicy zajmie tyle samo czasu, by zobaczyć, że polityka w ich wykonaniu jest podobna do poruszania się nie wyprostowanego jeszcze przodka współczesnego człowieka?
Na temat sporu w postkomunistycznej rodzinie już dużo napisano zdań i wypowiedziano słów. Mądrzejszych czy głupszych, stronniczych czy też obiektywnych, ale jednak wypowiedziano. Gdy zaś temat ten przestał być ciekawy, gdy ostatecznie został przemielony przez machinę medialną i wypluty przy uciesze widzów, czytelników i radiosłuchaczy już naprawdę zmęczonych tym, że Napieralski nie lubi Olejniczaka i nawzajem, to wiadomość, że postkomuniści i innego rodzaju ludzie „lewicy” - którzy trzymają się kurczowo swoich na wpół nadmuchanych materacy pływających po wzburzonym morzu polityki i w których szeregach coraz mniej ludzi znanych i szanowanych - ostatecznie sami siebie załatwili poprzez personalne spory i zakulisowe gierki nie zrobiła na nikim wielkiego wrażenia. Ubrano te spory oczywiście w poważne dyskusje programowe oparte na ważnym pytaniu: na lewo, czy na prawo, panowie?
Każdy z nich pewnie odpowiedział sobie inaczej. Jedni, że na prawo, drudzy, że na lewo. Było jeszcze sporo takich osób, które odpowiedziały, że strony prawej i lewej nie ma, że jest nowy kodeks ruchu drogowego i teraz tylko się jedzie do przodu albo, że obojętnie, w którą stronę jedziemy, bylebyśmy byli patriotami i wywiesili flagi partyjne na naszym pojeździe.
Porozumienie dla Przyszłości (z czymś się kojarzy? Mi tylko ze Stowarzyszeniem „Porozumienie dla Przyszłości”, które mało ma wspólnego z grupą Dariusza Rosatiego) to dość dziwaczny twór polityczny. Jest on oparty tylko na jednym haśle, jedna idea mu przyświeca. Brzmi ona: bądźmy w głównym nurcie. Nic poza tym. W deklaracji tego Porozumienia brak jakichś oryginalnych stwierdzeń, czy też pomysłów lub zalążków tychże pomysłów. Udział Zielonych 2004 jest, jak na jedną trzecią koalicji, znikomy – zawiera się w dwóch akapitach dotyczących „wrażliwości na <<zielone>>”, co pokazuje dosadnie, jak się ma sprawa z polityką ekologiczną w Polsce. Zieloni służą zapewne tylko po to, by grupka dawnych rozłamowców SLD mogła pochwalić się swoją świeżością polityczną.
Dariusz Rosati i ruch zrzeszający demokratów, socjaldemokratów oraz wspomnianych już zielonych przypomina bardzo gimnazjalistę, który stara się dołączyć do znanej paczki kumpli w szkole, ale im bardziej się stara, tym bardziej ci go nie chcą. Projekt ten jest całkowicie bezideowy (oczywiście oprócz tej jednej największej super-idei), stworzony tylko po to, by zdobyć funkcję i pieniądze na kolejnych pięć lat. Politycy z PdP nawet nie próbują udawać, że jest to machina wyborcza z jakąś domieszką polityczności. Same zaś tłumaczenia o centrolewicy, która będzie odpowiadać na oczekiwania obywateli w czasach kryzysu, też niczym nie są poparte. Nie wiadomo, co będzie najważniejsze dla tejże koalicji – gospodarka czy kwestie obyczajowe? A jeżeli gospodarka to, jaką politykę ekonomiczną będą oni reprezentować? Na te pytania nie ma odpowiedzi. Być może jest tak, dlatego, że sami twórcy wiedzą, iż wspólny projekt lewicowców z neoliberałami, może dać dziecko tylko upośledzone, ale to nie jest dla nich ważne: za pięć lat pomyśli się, co dalej z tym fantem zrobić.
Największym przegranym i zarazem zwycięzcą okazał się Grzegorz Napieralski. Przegrał on, bo nie udało mu się stworzyć dużej listy wedle swoich oczekiwań, stracił ostatniego samuraja lewicy, który mógł uratować tonące SLD, czyli Włodzimierza Cimoszewicza. Wygrał zaś, bo na lewo od centrum stał się nowym wzorem po Aleksandrze Kwaśniewskim. Nie chodzi oczywiście o wizerunek medialny, lecz o formę jego działań w polityce.
W drugi dzień marca ze swoich funkcji w Socjaldemokracji Polskiej (głównego inicjatora PdP) zrezygnowali Michał Syska, Rajmund Niwiński i Marcin Rzepecki. Wyrazili tym samym swój sprzeciw wobec tworzenia Porozumienia dla Przyszłości (mam na myśli koalicję partii, a nie stowarzyszenie) z Partią Demokratyczną. Ci trzej panowie zyskali sobie wielu zwolenników tą decyzją - byli wychwalani głównie za swą ideowość lewicową. Więcej jednak w tej decyzji można dostrzec pragmatyzmu, niż ideowości. Wiedzą oni dobrze, że cały ten projekt jest skazany prędzej czy później na porażkę w żałosnym stylu. Dlatego dystansują się od kierownictwa, aby uderzyć w odpowiednim momencie niczym Napieralski w Olejniczaka przed wyborami na nowego przewodniczącego SLD. O ile jednak aktualny szef Sojuszu Napieralski kierował się i przyciągał zarazem działaczy partyjnych swym patriotyzmem postkomunistycznym, o tyle trzech byłych decydentów SdPl chciało to zrobić swoją lewicowością, przyciągając działaczy młodzieżówki, Stowarzyszenia „Młoda Socjaldemokracja”. Szef SdPl, Wojciech Filemonowicz, obawiał się tego, dlatego też odciął od swojej partii młodzieżówkę, która murem stanęła za trzema buntownikami. Jedno wydarzenie wynika więc z drugiego.
Bratobójcza walka to nie jedyny problem na niekończącej się politycznej wojnie. Po ostatnich decyzjach oraz wypowiedziach premiera i przewodniczącego Platformy widać, że już nie tylko PiS będzie podjadać elektorat lewicowy. Pierwsze miejsce na warszawskiej liście PO do europarlamentu dla Danuty Huebner i kandydatura Cimoszewicza na stanowisko przewodniczącego Rady Europy jest bardzo wymowne. A nawet gdy kogoś to nie przekonuje, to Donald Tusk, premier centroprawicowego rządu, ostatecznie rozwiewa wątpliwości swoimi wypowiedziami na temat rozpoczęcia debaty dotyczącej eutanazji. Sprawa ta jest oczywiście ważna, ale nie pojawiłaby się ona na ustach premiera, gdyby nie stały za tym jakieś przesłanki o charakterze czysto politycznym.
Pierwsza, to chęć znalezienia zastępczego tematu dla kryzysu, który zrobił ogromne spustoszenie w debacie medialnej i prasowej, spychając inne sprawy z piedestału, zanim zdążył to zrobić jeszcze w gospodarce. Druga przesłanka to rozpoczęcie następnej fazy po zwycięstwie wyborczym, mianowicie faza czyszczenia sceny politycznej z najmniejszych i najsłabszych organizmów politycznych. Faza konsumpcji elektoratu tych najsłabszych. Faza ustalania podziałów wedle swoich oczekiwań.
W czasach przedkryzysowych, kiedy to partia Donalda Tuska spijała śmietankę z największego sukcesu w polityce po 1989 roku, w czasach, kiedy „koniec historii”, której napędem są ideologie, miał się jeszcze bardzo dobrze w Polsce, to samoistnie scena polaryzowała się na dwa obozy – liberałów i populistów, reprezentowane odpowiednio przez Platformę i PiS. W takim podziale Sojusz Lewicy Demokratycznej rozmywał się, na pewno nie pomagała w tym też polityczna martwica mózgu i całkowity brak alternatywy zarówno wobec jednej, jak i drugiej partii.
Później zaś, gdy już kryzys stanął u bram polskiej gospodarki, partia rządząca i jej premier stali się chłopcem do bicia z lewej i z prawej strony. Mocniej i częściej uderzała prawa, przybierając do tego na dodatek czerwone rękawice bokserskie, które zabrała wcześniej lewicy. Ciosy z prawej strony były najlepszą przesłanką, by przesunąć się na lewo i wypchnąć wszystkich, którzy tam jeszcze stoją, za ring. Daje to oczywiście więcej miejsca i swobody do działań, daje także trochę czasu, żeby złapać oddech (w domyśle elektorat), tak cenny przy wyprowadzaniu kolejnego ciosu.
Platforma Obywatelska musi się chronić przed ewentualnym trzecim osobnikiem na scenie politycznej, który w czasie walki gwardii Tuska z gwardią Kaczyńskiego, może przygotować plan działań i krytyki rządu. Mimo że na razie może się to wydawać zwykłą fikcją polityczną, to jednak nastroje w społeczeństwach z czasem będą przesuwać się na lewo. Toteż najlepszym rozwiązaniem jest ostatecznie dobicie, „dorżnięcie watah”, ludzi, którzy coś na lewicy próbują tworzyć, mniejsza z tym, w jakim to robią stylu. Platforma w zespół z PiS-em będzie konsumować elektorat lewicowy. Partia Kaczyńskiego robi to już od dawna, teraz dołącza się do tego także PO, której najbardziej taka sytuacja odpowiada. Donald Tusk i jego ugrupowanie zachowa uprzywilejowaną pozycję wobec „ciemnogrodu” Kaczyńskich, którego błędy i wypaczenia w rządzeniu długo nie zostaną zapomniane. Kosztem przesunięcia się na lewo w kwestiach postmaterialnych, obyczajowych Platforma utrzyma podział, jaki został ustanowiony po 2007 roku: dwóch dużych partii, które dzielą się na linii liberałowie-demagodzy.


